czy z tego coś w ogóle będzie.. niby badania wporzo, wręcz genialnie, ale moje. poza tym znowu jakieś akcje, dziwne rzeczy, gówniarz prawie przestał się ruszać, i ogólnie same sprzeczności. tylko nadrabiam zaległości czekoladowe z tych lat, kiedy słodkie fu. upokorzenia wróciły w zestawie domowo-zusowym.. co za chujowy kraj jednak, w pewnych kwestiach. pocieszam się na siłę, że to depresja przedporodowa i dalej wpierdalam czeksę, czekając na coś pozytywnego.
ahaś i jeszcze jeden detal: jest szczęście- jest impreza! :D ściana płaczu przechodzi drastyczną metamorfozę wyswampienia, rozsunięcia zasłon, wpuszczenia promieni, pachnącego powietrza i takich tam romantycznych elementów ;) czego potrzebującej reszcie świata niniejszym życzę :*
owszem, przerwa długa. w sumie miałam nie wracać. aż tu nagle przeczytałam coś, co idealnie pasuje do miana 'pictures'.. a są to krótkie formy by Algun Vedono na portal-pisarski.pl nawet jeśli tylko 1 osoba przypadkiem tu zajrzy i pomknie dalej ku wspomnianemu - git. serce rośnie, dusza się raduje i ogólnie konfetti lata wokół na ten temat :) a propos bloga in itself - chyba odrobinę jego funkcje przejęła twarzoksiążka, choć tam trudno się wywnętrzać bez wmontowanego exhibicjonizmu.. a tu sobie mogę wewnętrzny monolog przeprowadzić literkami, a nie fonią jedynie :) dobre dobre, terapeuci bójcie się! ;)
a jednak. ponownie utwierdzam się w fakcie, że nie diariusz to, a szambo, duchowe ekskrementa mieszczące, jak wspominałam.. cozaszit. ale skoro, to konkluzji zabraknąć nie może, że choć praca temporalnie od myślenia odrywa /co premią do uwłaczającej pensji/, to jednak zdarzają się takie chwile w życiu singla, że nawet lina jest za krótka, a dłuższej nie chce się szukać.. metyforycznie rzecz ujmując. półpancerze praktyczne /jednak/ włóż! na ramię broń! biegiem won!
tak. poczułam
dziś znów zapach pozornego bezpieczeństwa, co być nim nie może nikak! co nie
zmienia faktu, że jeśli kiedyś dojdę jak się ta perfuma mieni, to chyba imprezę
z fajerwerkami zrobię..
otóż zapach..
pachnidło..
cofa zamkniętymi
oczami w dzieciństwo. to, które pamięta bezrefleksyjną obserwację, bezpojęciowe
refleksje, bezpodstawne pojęcia, bezzasadne podstawy, bezgenezyjne zasady, nieuzasadnione
/znów pozornie/ genezy, i bezkształtne figury retoryczne, takoż pytania, stawiane
lalkom, żelaźniakom i innym namacalnym towarzyszom znów pozornego pacholęctwa.
nie pomnę
kto ich używa/ł – babcia, ciotka, whatever.. po mieczu, w każdym razie.
clue jest
to, że ów zapach wywołuje wspomniane odruchowe wrażenie, co nie lada paradoksem
się jawi, jako że od narodzenia mego, po hop dziś dziś, nieakceptowanam jako
CZĘŚĆ
RODZINA
SWÓJ.
zaledwiem
wyrzutem sumienia, powinnością niechcianą, z narzutów społecznych
konformistycznych wynikającą. bo tak wypada. trzeba. czy coś.
why so
zatem?
symbol marzeń
czy beztroski, która wówczas być powinna była?
a może o
to idzie, że w tamtych dniach wystarczyło zadeklamować wierszyk ze swadą, by
rozradować i ubogacić krewnych, a w tych - wszystkie moje umiejętności i
talenta znaczenia dla nikogo nie mają?
ach,
pytań moc! nie wszystkie chcę ubierać, bo i tak, bez względu, nie będę grać, by
poklask zdobyć, nawet jeśli pragnę dumy Ojców..
jeśli jej
nie mam, to dalej będę szukać aromatu wspomnianego, niech choć na chwile obraz
mi przed oczami przywołuje zadowolenia, którego nieszczerości, dziecięciem
będąc, nie zauważałam..